Pewnego poranku zaczęła się tedy pierwsza lekcja, głównie chełpliwością Baśki wywołana i jej upewnieniami, jako że już tę sztukę wcale nieźle posiada i nie byle kto potrafi jej pola dotrzymać
- Nie ma co mówić! Zmorzyło mnie. Wówczas zatoczyli półkolem w bok od kępy i oczom ich przedstawiła się w całej pełni przemyska chorągiew idąca już rysią. Miała się z tego dobrze i służba pana Zagłoby, ale on sam, wbrew postanowieniu i obietnicy, jechał tak wolno, że trzeciego tygodnia dopiero w Mińsku stanął. Urzekająca Basia przybladła nieco zrazu ze wzruszenia i serce tłukło się w jej piersiach coraz silniej, widząc jednak, że patrzą na nią i nie dojrzawszy na żadnej twarzy najmniejszego niepokoju, opanowała się prędko. - Kołat! kołat! kołatko! Język ci uciąć! ot, co! To rzekłszy pan Zagłoba zbliżył się tuż do panienek i wziąwszy się nagle w boki, spytał bez żadnego wstępu: - Chcesz Ketlinga za męża? - I takich pięciu! - ozwała się zaraz Basia. I brata rodzonego nie mógłbym więcej miłować, jakom jego miłował. „Słuszna by była rzecz - myślał - gdyby Wołodyjowski z Ketlingiem uszy obcięli mi na współkę.
Powiedz to sobie jasno i klimkiem w oczy nie rzucaj. - Mellechowicz! - rzekł Wołodyjowski utkwiwszy w Tatara bystre swe źrenice - czy znasz pułkownika Kryczyńskiego? Przez twarz Mellechowicza przeleciał cień nagły i groźny. - Wiem, wiem! - powtórzyła panienka - jam też sierota! Tu mała łezka stoczyła się jej z powieki i osiadła na owym puszku nad ustami. - Nic tu po nas! I pojechał trzęsąc się z oburzenia. Waldemar Łysiak Jeno czy waćpani jesteś pewna, że on i z Krzysią nic nie mówił? - Mocny Boże! Krzysia panią swej woli, bo mój mąż, jako opiekun, tak jej powiedział: „Byle człek był godny i krwi zacnej, możesz i na substancję nie zważać.” Gdyby Michał był z nią przed wyjazdem mówił, to by mu odpowiedziała: tak! albo: nie! - i wiedziałby, czego się spodziewać. Może też istotnie trocha słabuje, a nam o habicie gadała dlatego jeno, żeby nam oczy zamydlić. Od dwudziestu przeszło lat czynię to bez spoczynku.
- Dufam, że przecie Chreptiów, do którego wreszcie nie tak daleko, nie będzie ostatnią stanicą od Dzikich Pól. Innych bijał. Policzki brata Jerzego powlokły się lekkim szkarłatem, a wzrok odzyskał dawną bystrość. „Zalterowała się! zalterowała się widocznie - myślał sobie. Niewieścia natura odzywała się w niej coraz silniej. Talleyrand Kazałem żołnierzom pogrześć przystojnie ciała pod tym samym krzyżem i odtąd - byłem już nie ten. Obaj wiedzieli, kiedy Basi samej pozwolić na natarcie, a kiedy ją uprzedzić lub zastąpić.
Więc poszedł dalej, bardzo rad ze swej chytrości, a Basia wpadła jak bomba do panny Drohojowskiej. Miłuję waćpannę i piechotą, i na koniu, i na czczo, i po jedzeniu, i na wieki, i po szkocku... Wenecjanie rozegnali naszą flotę na cztery wiatry. - Skąd ty wiesz - rzekł - o tym, coś o tamtych dwojgu Michałowi powiedziała? - Ja wszystko wiem! - Czy Krzysia powiedziała ci cośkolwiek? - Krzysia nic mi nie mówiła. Janusz Korwin-Mikke Śnieg zmarzły pokrywał ziemię i skrzypiał pod nogami bachmata. Już nie więcej jak pół staja dzieli ich od chaszczów, już widać wyciągnięte łby końskie z potulonymi uszami, a nad nimi twarze tatarskie jakby przyrosłe do grzywy. Kupy swawolne kozackie, luźne watahy ordyńskie, rozbójnicy ze stepów i opryszkowie z odajów besarabskich drżeli na wspomnienie „Małego Sokoła” - więc stada jego koni i owiec, jego bawoły i wielbłądy chodziły bezpiecznie po stepie.
Zagłoba otworzył oko i począł nim mrugać na wpół przytomnie. Tu i owdzie, wysoko, wysoko, tkwiły w błękicie na rozpostartych skrzydłach groźne dla powietrznych mieszkańców orły; gdzieniegdzie chciwe połowu jastrzębie zataczały powolne koła. Odjechał na koniec aż po obiedzie, mając oczy, serce i duszę Basi pełną.Tego samego dnia oznajmił się mały rycerz u hetmana, który kazawszy go zaraz puścić rzekł mu: - Muszę Ruszczyca do Krymu wysłać, aby patrzył, na co się tam zanosi, i aby u chana o dotrzymanie paktów kołatał. Waldemar Łysiak Pan Wołodyjowski spojrzał i rzekł: - Tędy Motowidło przechodził. - Obaczysz, że cię i serce będzie do nas ciągnęło. Że jednak przed okiem jego nic ukryć się nie mogło, więc dostrzegł smutek Krzysi. - Czy to ja wojski? Nie powierzajcie no tak żon panu Zagłobie, dufając, że stary, bo się może zgoła co innego pokazać.
- Wasza miłość ma słuszność! - rzekł. Ałła mi tu ich wszystkich zesłał, bo i dziewka jest. - Jaż się z waćpanną nie próbuję, jeno ją uczę! - odparł mały rycerz.- Dobrze tak! Jak na białogłowę, wcale nieźle! Spokojniej z dłonią! - Jak na białogłowę? Masz waćpan za białogłowę! masz! masz! Ale pan Michał, lubo Basia zażyła swych cięć najznamienitszych, nic nie miał. „Nie tędy droga - pomyślał Wołodyjowski. - Kryczyńskiego znałem osobiście, a teraz go wszyscy ze złej sławy znają. A ponieważ nie mogła przewidzieć, że pan Zagłoba szepnął już każdemu z ichmościów coś do ucha, więc zachodziła w głowę, skąd się owe ludzkie przypuszczenia biorą. Ale Basia poczęła już klepać całą dłonią po karku dzianeta, powtarzając: - Niech zabije! niech zabije! niech zabije!...
I umilkłszy poczęła iść spiesznie ku domowi. Mało to pustej ziemi na Ukrainie i w Dzikich Polach? Niech hetman jeno ogłosi, że który Tatar przyjdzie do Rzeczypospolitej, ten szlachcicem zostanie, w wierze ucisku nie będzie miał, a we własnych chorągwiach będzie służył, że wszyscy własnego hetmana będą mieć, jako Kozacy mają, a moja głowa, że wnet się cała Ukraina zamrowi. Trzeba będzie radzić i dowiadywać się, gdzie on teraz. Oho! żeby Azba nie był zniesion, może byś waćpani nie dotarła szczęśliwie do Chreptiowa. Nie wiedział nieszczęsny pan Michał, że jest prawo większe i starsze od wszelkich ludzkich, na mocy którego serce za miłością tylko iść musi i idzie, a które kochać przestaje, to już tym samym najgłębszego wiarołomstwa się dopuszcza, choć często tak niewinnie, jak niewinnie gaśnie lampa, w której się olej wypalił. Migdał, powiadam, migdał! Wołodyjowski posmutniał nagle, bo mu się przypomniały przezwiska, jakie pan Zagłoba Anusi Borzobohatej dawał. - Baśka, cicho! - rzekła pani stolnikowa.
I ani sposób od tego się obronić! Łatwiej by go nie kochać niż o nim nie myśleć, bo upoiły się jego widokiem oczy, zasłuchały się w jego głos uszy, nasiąknęła nim dusza cała... Słysz, panie Bogusz, wy myśleli, że ja mały człek, a ja nie taki mały, jako się Nowowiejskiemu, tutejszemu komendantowi, oficyjerom i wam, panie Bogusz, wydało! Ot, ja nad tym dzień i noc myślał, aż wychudł, aż mi twarz wpadła - patrz waszmość! - i sczerniała. Słońce wypaliło... Basia asystowała z bijącym sercem wyjściu wojsk, jako że miała to być jej pierwsza większa wyprawa, i rosło jej owo serce na widok sprawności tych starych wilków stepowych. Chciała, było, zaraz na drugi dzień szukać sobie innej gospody w samym mieście, ale na nic się nie przydał jej opór. Spojrzę ja wtedy na tego, kto ma ze mną wiosłem robić - Jezu Chryste miły! - zgadnijcie acaństwo, kto był naprzeciw mnie? - Dydiuk! Poznałem go zaraz, chociaż był goły, wychudł i broda urosła mu w pas, bo już dawniej był na galery zaprzedan... Przybrany rodzic mój zmarł i tamże mi majętność drugą zostawił.