A tam bito i bito

- Siła tam w Michałowej stanicy żurawi studziennych, bo żywej wody w pobliżu brakuje. Baśka natomiast została jakoby na uboczu i tylko pan Zagłoba zwracał na nią ustawiczną uwagę. Zagłoba miał jednak czas przypatrzyć mu się i mając świeżo w głowie słowa Wołodyjowskiego, rzekł do Snitki: - Radziśmy waćpanu! proszę!... Dzikie serce - E! co tam! Radam, bo nasz! - Ale to sobie zauważ i zakonotuj, hajduczku - rzekł Zagłoba - iż jeśli na polu bitwy trudno o lepszego niż Ketling, tedy dla niewiast jeszcze on bardziej periculosus, które się w nim dla jego urody zapamiętale kochają! Praktyk też to i w amorach znakomity! - Powiedz to waćpan Krzysi, bo mnie amory nie w głowie - rzekła Basia i zwróciwszy się ku Drohojowskiej, poczęła wołać: - Krzysiu! Krzysiu! Chodź jeno na słowo! - Jestem - rzekła panna Drohojowska. - Gdyby Małego Sokoła zbrakło - mówili - ona mogłaby komendę objąć i nie żal by było pod takim regimentarzem zginąć. Potem strzelali do celu z astrachańskich łuków. Wiem, jaką waćpanu krzywdę czynię, i to mnie boli tak okrutnie, że ot! rady dać sobie nie mogę!...

- Jakże się te listy tu dostały? - spytał znów Zagłoba. - Zmarła! - krzyknął Kmicic chwytając się obiema rękoma za głowę. Krzysia uczyniła zadość żądaniu rycerza, a ten znów rzekł: - Ilekroć będziemy sam na sam, mów mi po imieniu. Po niejakim czasie nawrócił pan Michał do domu i niewiele już mówili przez drogę, tylko w samym kołowrocie spytał jeszcze mały rycerz: - A po wczorajszym.... sekty Spiesz się jeno, bo każda chwila droga!... Wielka karność panowała zawsze w komendzie, bo Wołodyjowski, w szkole księcia Jeremiego wychowan, umiał trzymać żelazną ręką żołnierzy, ale przecie obecność Basi złagodziła jeszcze nieco dzikie obyczaje. Aż nadszedł wreszcie rok 1668, w którym z rozkazu pana kasztelana na wypoczynek odesłan, z początkiem lata po miłą pannę pojechał i zabrawszy takową z Wodoktów, do Krakowa dążył.

Poweselały też obie znacznie. Pogoda ustaliła się cudnie. Lecz obawy jego były płonne, a niebezpieczeństwo nie tak wielkie, jak się rozkochanemu rycerzowi zdawało. - Michał! a co Michał, hę? jak rzepy! co? mnichem zostaniesz, co? A ta borówka Drohojowska, smaczna? A ów hajduczek różowiuchny, uch! Cóż ty na to, Michale? - Cóż, nic! - odpowiedział mały rycerz. - Wolę szczerze mówić, bo tak myślę, że zawsze szczerość od symulowania więcej warta... witaminy A Baśkę to nazywamy, śmiejąc się, wdową po trzech mężach, bo naraz trzech godnych kawalerów puściło się do niej w zaloty: pan Świrski, pan Kondracki i pan Ćwilichowski. Ona umykała przed nim powtarzając: - Otóż nie pójdę! Niech mnie zamróz chyci! Nie pójdę! nie pójdę!...

Chwała Bogu! Chwała Bogu!... Dopadłszy też już nieprzyjaciela, widziała przed sobą z początku tylko ciemną masę, ruchliwą, rozkołysaną. a nie gniewaj się... Ja tu na wszystko mam pilne ucho, wiem wszystko i Bogusz tajemnicy przede mną nie czyni, co się na hetmańskim dworze gada. John Eldredge - Dziękuję waszmościom - ozwała się Basia - wiem, że to nie dla mnie... Lipkom przewodził setnik Azja Mellechowicz, który się z Tatarów litewskich wyprowadzał, człek bardzo młody, bo ledwie dwadzieścia kilka lat wieku liczący. - Jeśli ci łzy dotąd nie obeschły, to ci je wiatr w stepie osuszy.

O dla Boga!... „Bliższa komenda” skoczyła znowu ściskać małego rycerza. - Noga nie powinna ujść! Na koń teraz! Szybko zwrócili się ku dragonom i skoczywszy na kulbaki, zjechali bokiem wzniesienia między rosnące w dole chaszcze, gdzie znaleźli się wśród semenów pana Motowidły. ks. Piotr Pawlukiewicz i...” - Na rany boskie! - zakrzyknęła pani Andrzejowa - nie powtarzaj waść, bo nieszczęście na dom ściągniesz! Charłamp przeżegnał się i dalej mówił: - Myślało żołnierzysko, że się dosłużyło, a ot mu nagroda! Ha! Bóg najlepiej wie, co robi, choć tego ni rozumem ludzkim pojąć, ni sprawiedliwością ludzką odmierzyć! Zaraz tedy po onych bluźnierstwach stężał i na ziemię upadł, a ksiądz nad nim egzorcyzma odprawował, żeby sprośne duchy w niego nie wstąpiły, które mogły na bluźnierstwa się zwabić. - Nie czyń tego waść, na miłosierdzie boże. To moja ostatnia prośba. - Z czasem, gdyby się moje najgorętsze pragnienia spełnić miały - rzekł Ketling - może waćpana o przyjacielskie auxilium poproszę.

W imię Ojca i Syna! na krzyżu ich nie będę wieszał! Ale zrozumiałem, że ucieszę oczy Chrystusowe, gdy w jego obliczności każę tych, którzy tyle krwi niewinnej przelali, pościnać, i mówię tak: „Panie miły, niechże ci się zdaje, że to owi Żydowinowie, którzy ciebie na krzyż przybili, bo ci od nich nie lepsi.” Wtem kazałem ich po jednemu porywać, na mogiłkę pod krzyż podprowadzać i ścinać. Dla Boga? Trzeba to będzie prędko naprawić! Inni pogrążeni byli w milczeniu, nie wiedząc, co rzec, pan Zagłoba zaś przymknął oczy i tym razem udawał, że drzemie. Pan Bogusz porwał się za głowę: - Na rany boskie, Azja! skąd tobie takie myśli przychodzą? Co by to było?! - Byłby na Ukrainie naród tatarski, jako jest kozacki! Kozakom przyznaliście i przywileje, i hetmana, czemu byście nam nie mieli przyznać? Waszmość pytasz, co by było? Chmielnickiego by drugiego nie było, bobyśmy nogą Kozakom na gardziel zaraz nastąpili, buntów chłopskich by nie było, rzezi ani spustoszenia, ani Doroszeńki by nie było, bo niechby się podniósł, pierwszy bym go na smyczy hetmanowi pod nogi przywiódł. Nie spodziewam się, ale chciałabym! - Na strzelanie z bandoleciku to i ja bym się popróbowała - rzekła śmiejąc się pani Makowiecka. Ogień mię pali, w nocy sen ode mnie ucieka... Budząc się myślał o słowach Zagłoby i przypominał sobie, jak rzadko dowcip tego męża w czymkolwiek zawodził. Sposępniał mały rycerz okrutnie i rzekł: - Tegom się nie spodziewał, żebym panny Krzysi nie miał dziś ujrzeć.


||||||||||||||||||||||