Aż razu pewnego..

Tu rozczulił się własnymi słowy i tą myślą pobożny chrześcijański rycerz i znowu oczy wzniósł do nieba, ale pan Zagłoba słuchał obojętnie i nie przestał mrugać surowo, wreszcie odrzekł: - Bacz, żebyś nie pobluźnił. Do pana Bogusza przyłączył się stary pan Nowowiejski z córką Ewą, wreszcie pani Boska, osoba stateczna, również z córką, młodziuchną jeszcze i bardzo urodziwą panną Zosią. Dla nas kilka izb w osobnym domie. przeziębienie - Bóg mi takową niewiastę dał - rzekł jej - która nie tylko w domu słodką towarzyszką, ale i w polu mężnym towarzyszem być umie. Jeszcze on nam tu wszystkim sadła za skórę zaleje! - Co waść mówisz! - rzekł Muszalski. - Hej tam! - krzyknął Zagłoba - a czy to nie pan Makowiecki z panem Wołodyjowskim? - Pan Zagłoba? - ozwał się mały rycerz. Wstała czym prędzej i wyszła do swojej izby, by zejść ludziom z oczu, by nie słuchać rozmowy o Wołodyjowskim i o jego bliskim powrocie.

A on stanął jak słup kamienny, potem zaczął wodzić rękoma po twarzy i przecierać sobie oczy na kształt człowieka, który się budzi ze snu. Krzysia spuściła głowę i po chwili dwie łezki poczęły jej płynąć po policzkach. Pan Bogusz porwał się za głowę: - Na rany boskie, Azja! skąd tobie takie myśli przychodzą? Co by to było?! - Byłby na Ukrainie naród tatarski, jako jest kozacki! Kozakom przyznaliście i przywileje, i hetmana, czemu byście nam nie mieli przyznać? Waszmość pytasz, co by było? Chmielnickiego by drugiego nie było, bobyśmy nogą Kozakom na gardziel zaraz nastąpili, buntów chłopskich by nie było, rzezi ani spustoszenia, ani Doroszeńki by nie było, bo niechby się podniósł, pierwszy bym go na smyczy hetmanowi pod nogi przywiódł. Basia aż do wieczora przesiadywała w oknie lub przed bramą, spoglądając na drogę, którą pan Zagłoba mógł nadjechać. Dzikie serce - Czemu mam wyjść? Ostawcie mnie w spokoju - odrzekł Wołodyjowski. Gdy chodzi o przyjaciół albo znajomków, czy to kogo wyszukać, czy komuś pomóc, to się też pobratymcy do pobratymców udają i justycja nakazuje przyznać, że żaden naród lepiej od Tatarów podobnych juramentów nie zachowuje. Wreszcie pociągnął miodu i rzekł do żony: - Oleńka, a pójdź ino tu! Coś ci rzeknę.

- Ale ty nie trzepotaj mi się tu z radości i pomnij, że grzeczny żołnierz powinien być spokojny. - Na to my tu i potrzebni, żeby był miecz nad szyją kozacką zawieszony. Wino tymczasem podniosło fantazję w panu Zagłobie; począł bardzo tęgo rozmyślać o Basi, o Krzysi, o Wołodyjowskim i o Ketlingu; począł łączyć ich w pary, błogosławić, wreszcie zatęsknił do dziewczyn i rzekł sobie: - Ano, pójdę zobaczyć te kozy... lepiej niż Krzysię!... Niewieścia natura odzywała się w niej coraz silniej. zdrowie A ponieważ nie mogła przewidzieć, że pan Zagłoba szepnął już każdemu z ichmościów coś do ucha, więc zachodziła w głowę, skąd się owe ludzkie przypuszczenia biorą. - Pisz! - zawołała Basia - bo ze skóry wyskoczę! - Ja bym i dwadzieścia listów napisał, byle ci dogodzić, chociaż nie wiem, na co się to przyda, bo tu i sam hetman nie poradzi, a z protekcją wtedy dopiero może wystąpić, jak będzie pora.

Noc nie przynosiła jej spoczynku. I skoczyła na górę. - Trzeba będzie prędko do pana Ruszczyca posłać - rzekła Basia - żeby pan Piotrowicz zastał już listy gotowe w Raszkowie. Ale teraz, gdy po długiej rozłące ujrzała go znowu, stanął przed nią junak piękny i groźny jak sokół, oficer i słynny zagończyk, a do tego syn, wprawdzie obcego, lecz książęcego rodu. świadkowie Jehowy - Trzecia konfuzja! - zakrzyknęła swym srebrnym głosem. Wtem do uszu jeźdźców doszły od strony Dniestru liczne zmieszane krakania i wysoko przed nimi ukazało się lecące ku zorzy ogromne stado kruków. Spojrzała jeszcze po razu na Krzysię i na pana Wołodyjowskiego, który przez ten czas podniósł bębenek, po czym nagle wyszła z pokoju.

Chciałabyś mu nieba przychylić, oddałabyś za niego krew serdeczną, a napoiłaś go trucizną, nóż wepchnęłaś mu w serce... Będzie pannie Basi słodko, a onemu biedakowi tam gorzko. Są bliżej i bliżej... opalanie Daj sobie spokój! Coć za robota wzdychać, gdy kto inny w lepszej konfidencji z nią żyje. - A teraz słuchaj, coć powiem: arcana familijne po prostu wyjawię, ale żeś i ty przyjaciel, więc powinieneś wiedzieć: pilnuj się oto, abyś Wołodyjowskiego niewdzięcznością nie nakarmił, bo my oboje z panią Makowiecką jedną z tych dziewek dla niego przeznaczamy. pamiętaj! Ketling chciał coś przemówić, ale że cierpiał nad miarę, więc tylko jakieś niewyraźne dźwięki podobne do jęczenia wyszły z jego ust; następnie dotknął palcami Krzysinych skroni i trzymał je tak czas jakiś na znak, że jej przebacza i że ją błogosławi. - Pochwalone imię Pańskie! A tu u nas wojska ledwie garść.

- Dla Boga! Co waćpannie jest? Płaczesz? - Ani mi się śni! - zawołała zrywając się Basia. - Być może, że on się od razu nie przyzna, bo to dzikus. Czy nieprawda, że ona do Billewiczówny podobna? - W pierwszym momencie owego podobieństwa nie dostrzegłem, ale być może. Zośka ! klęknij i ty przed tym rycerzem, bo jeśli on nie poradzi, nikt nie poradzi! To rzekłszy pani Boska rzuciła się istotnie na kolana, a urodziwa Zosia poszła za jej przykładem i obie zalawszy się rzewnymi łzami, poczęły wołać: - Ratuj, rycerzu! miej litość nad sierotami! Hurma oficerów zbliżyła się zaciekawiona, widząc klęczące niewiasty, a zwłaszcza że ich widok urodziwej Zosi pociągnął, mały rycerz zaś, zmieszany wielce, począł panią Boską podnosić i usadzać na ławie. - Baśka wicher! Niech ją Nowowiejski bierze. Ej, lepiej nie mówić! Tu Krzysia znów podniosła swe ciemnoniebieskie oczy do góry: - Bóg nad nami świadek, a ludzie niech w niewiadomości zostają. Czas mi odejść.

Kilkakroć też, gdy Basia mówiąc o Ketlingu poczęła wymyślać koncepta, trochę się z niego naśmiewać, trochę go naśladować, Krzysia obejmowała ją z niezwykłą tkliwością za szyję prosząc, by zaniechała tej pustoty. - Jeszcze nie godne! - odparł Nowowiejski. - Książę Jeremi Wiśniowiecki! - przerwał Zagłoba. - Co waćpanna mówisz - zawołał Zagłoba - my w całym świecie równych nie mamy! - Chciałabym, żeby się pokazało, iż i ja równa. - Dziękuję! - odpowiedział mały rycerz podnosząc na nią z wdzięcznością oczy. Młody Tatar patrzył weń długo, na koniec złożył pięści tuż przy piersiach, podniósł oba wielkie palce ku górze i z ust jego, które zaledwie przed godziną Chrystusa wyznawały, wyszedł półśpiew, półprzeciągła mowa o smutnej nucie: - Lacha i Lallach, Lacha i Lallach - Mahomet Rossullach!...Atoli Basia od rana nazajutrz odbywała naradę z mężem i panem Zagłobą, jak by dwa serca kochające się i uciśnione połączyć. - I! i! - pisnęła z radości Basia i stanąwszy w strzemionach, chwyciła małego rycerza za szyję.

Ciszę w sadzie przerywały tylko odgłosy spadających na ziemię przejrzałych owoców i brzęczenie owadów. - Że i znamienitszy być nie może. Że to noc latem krótka, obudziłem się już o brzasku i cały rosą okryty. Serce poczynało w niej mdleć i zamierać, jakby to była dla niej najdroższa w świecie głowa. - Jaka rada, jaka moc? - Ja toho skazaty ne umiju - odrzekł po rusińsku Azja. Czasem też zaśpiewali Tatarzy lub dragoni, ale sama puszcza nie odzywała się żadnym ludzkim ni zwierzęcym głosem. Nie bój się! Wczorajszego uczynku choćbym chciał się dopuścić, nie mogę, bo muszę na konie uważać.


||||||||||||||||||||||